Wiem, że teraz moja kolej. Ty już przysłałeś materiały i czekasz na mój ruch. Nie wiem jak to powiedzieć, ale przecież tu rodzina, dzieci, żona, gorąco…
Chciałbym dać Ci to, na co się umawialiśmy. Naprawdę, uwierz mi. Tak długo się zastanawiam co powiedzieć gdy do mnie dzwonisz, że zanim coś wymyślę to sygnał ucicha, a ja z ulgą wracam do życia codziennego. Wiem, od miesiąca wysyłasz maile, chcesz po prostu wiedzieć na czym stoisz. A mi jest tak głupio mówić prawdę, że odhaczam tylko „spam”, żeby w razie spotkania na mieście nie zająknąć się podczas mówienia „pewnie do spamu trafiło”.
Mógłbym powiedzieć, że jeszcze nie mogę, że nie mam czasu. Łudzić się, że zrozumiesz… że ucieszysz się wiedząc jak wygląda sytuacja. A co jeśli nie?
Mija drugi miesiąc, pewnie już zapomniałeś, może nie trzeba będzie w ogóle tego wyjaśniać. Wyrzuty sumienia zaczynając cichnąć z czasem – dzwonisz coraz rzadziej, już nie piszesz. Z ulgą stwierdzam, że zaczynam mieć czas na własne rzeczy, jakoś samo się wyjaśniło. Ty też już pewnie pogodziłeś się z tą sytuacją. Rozumiemy się bez słów, czy to nie wspaniałe?
Ale spróbuj tylko nie oddać projektu na czas i nie odbierać telefonu, wtedy ręce upierdole.
Twój niepłacący klient, który wierzy w to, że brak kontaktu to idealny kontakt tylko, jeśli to on jest Ci coś winien, a nie odwrotnie.
Klienci zatwierdzali projekty od razu. Nie było dyskusji nad budżetem. Od początku wiedzieli czego chcą.
Zrobiło się jeszcze gorzej
Przy zawalonym kalendarzu uprzedzałam, że zacząć projekt mogę dopiero za 3 tygodnie lub miesiąc. Spotkałam się tylko z wyrozumiałością. Ostatnio dostałam też podziękowania za to, że biorę udział w projekcie oraz prośbę o wysłanie faktury na zaliczkę.
Nie godzę się z takim stanem rzeczy
Dlatego moja podświadomość mnoży ostatnio fuckupy, a mój wszelki software uknuł spisek przeciko mnie. I co? Spotyka mnie tylko zrozumienie i uśmiech ze strony klienta.
Na szczęście niektórzy do tej pory nie opłacili kilku faktur. Uff… jeszcze nie zwariowałam.
Dobrze, że klient potrafi z niebywałą precyzją określić gdzie należy dany element strony przesunąć. Szkoda tylko, że podaje te odległości w milimetrach.
Część druga cyklu edukacyjnego pozwalającego na szybkie oszacowanie szans na przetrwanie w projekcie.
3. Konsultant
Ma stałą umowę z Cinema-City i po każdorazowym dostarczeniu projektu ogląda go w sali kinowej, powiększając każdy fragment tak, że szerokość strony obejmuje 10 szerokości ekranu. Studiując wszystkie fragmenty nierzadko pociętego już szablonu dzwoni po rodzinę i znajomych by wszyscy mogli brać czynny udział w tym wielkim wydarzeniu. Gdzieś między nachosami i popcornem wysyła smsa za każdym razem, gdy ktoś zwróci na jakiś element uwagę.
Logo bardziej na lewo
Albo na prawo
Nie, na lewo będzie lepiej
Albo zróbmy tak, że logo pojawia się po najechaniu w to miejsce, żonie by się tak podobało
Co ma z tego Cinema-City? Też może wtrącić swoje uwagi.
Po czym poznać: Pszystkie podesłane poprawki wykluczają się wzajemnie, a Ty musisz wyciągać średnią, przez co ostatecznie nikogo nie zadowolisz.
Rada: Pogrupuj poprawki w logiczne zbiory, do każdego stwórz inną odsłonę grafiki i na koniec sfakturuj każdą. Jeśli uwagi podsyła stryjek, żona, kolega i pani Jolka, która akurat tamtędy przechodziła, to niech każdy ma swoją stronę i wszyscy będą zadowoleni.
4. Sokole Oko
Ocierając nosem o ekran z idealną precyzją jest w stanie określić jakie zmiany należy nanieść. Zakres przesuwania elementów nie przekracza 3px, a zmiana kolorystyki zazwyczaj jest tak subtelna, że większość monitorów nie będzie w stanie wyświetlić wnoszącego nową jakość koloru.
Po czym poznać: Zbiór uwag jest zazwyczaj podzielony na kolejne tomy, a po naniesieniu wszystkich poprawek zarówno grafik jak i koder nie są w stanie stwierdzić różnicy.
Klient najlepiej wie, co dla niego jest ważne. Ważny jest kontakt, hasło firmy, oferta, newsletter i to, że pakowaniem paczek zajmuje się pani Maria i wykonuje ona swój zawód w jednej z 40 filii firmy znajdującej się w Kaczkowie Górnym. Dlatego to wszystko powinno znaleźć się na stronie głównej jednocześnie zmuszając do refleksji o sensie tworzenia jakiekolwiek podstrony.
Jeśli webdesigner przeszedł szkolenie z zakresu tworzenia multimedialnej choinki nie powinien mieć większych problemów z załadowaniem wszystkiego na stronę główną.
Zaraz po wysłaniu pierwszej propozycji przychodzi ten moment, w którym klient zaznacza co jest ważne a co ważniejsze (oczywiście dla niego, nie dla jego potencjalnych klientów, a z pewnością już nie dla użytkownika, który ma takie widzimisie aby wygodnie poruszać się po stronie). Wtedy też okazuje się, że wszystko jest ważne i wszystko należałoby wyróżnić. Jeśli myślałeś, że Twoja multimedialna choinka jest wystarczająco tandetna z aniołkami i sopelkami, poczekaj, aż zobaczysz ją po poprawkach, gdy do każdego aniołka trzeba będzie dorzucić ciasteczko, gołębia, trochę włosów anielskich i mrygające światełko w kształcie serduszka. Co lepsze – to wszystko popełnisz własnymi rękoma.
Opiekuńczy klient nie zostawi Cię samego ze swoimi poprawkami. Podpowie Ci jak należałoby wyróżnić te elementy, bo przecież samego słowa „wyróżnić” możesz nie zrozumieć, jesteś przecież artystą. Zaraz koło ramek, cieni i (tu cytat) gradientu do rastra (???) królują 3 główne, uwielbiane wszędzie sposoby.
powiększyć
dać boldem
dać na czerwono
I to niezależnie od layoutu – na pewno gdy wszystko powiększymy, zboldujemy i zrobimy na czerwono – potencjalny użytkownik szybciej znajdzie potrzebne mu informacje.
Zaraz zaraz… ale jeśli on będzie musiał przewinąć stronę, by zobaczyć ważną stopkę? I tu klient ma gotowe rozwiązanie wyciągnięte z podręcznika dla przezornych i ubezpieczonych klientów.
ścieśnić wszystko
No, nareszcie – wszystko widać, kontakt wchodzi na menu, dzięki czemu użytkownik nie musi zbytnio latać myszką i te najważniejsze elementy (90% strony) mamy na czerwono.
Jeszcze przed rozpoczęciem przedstawienia, gdy nie wszyscy zajęli swoje miejsca, pojawia się pierwsza uwaga. Niewinne przesunięcia, zmiany kolorów, lekka zmiana kształtu, kilka muśnięć strony głównej. Poprawiasz, oddajesz i możesz spokojnie usiąść, nasypać sobie popcornu i czekać na rozwój wydarzeń.
W pierwszy akcie projekt otrzymuje klient. Wstępnie jest zadowolony, potrzeba tylko kilku poprawek. Niewinne przesunięcia, zmiany kolorów, lekka zmiana kształtu. Zajmuje Ci to już trochę więcej czasu, bo klient dołożył do grafiki filozofię. Gdy już wygooglowałeś i wydaję Ci się, że wiesz o co chodzi, nauczony doświadczeniem robisz zupełnie odwrotnie i to był strzał w dziesiątkę. Możesz zabierać się za podstrony.
Po oddaniu podstron czekają Cię przesunięcia, zmiany kolorów, lekka zmiana kształtu. Niestety klient jest samotną kobietą spędzającą weekendy na oglądaniu projektów, dlatego w poniedziałek czekają Cię poprawki do strony głównej, mające ogromny wpływ na wszystkie, wykonane już podstrony.
Akt drugi – nanosisz wszystkie zmiany na podstrony. W tym czasie niestety pada, klientka nie może wybrać się na spacer ani na zakupy, dlatego patrzy w projekty…
Akt dziesiąty – Gdy już nauczyłeś się nanosić poprawki w tak szybkim tempie, by klient nie zdążył pomyśleć nad następnymi, projekty zostają ostatecznie zatwierdzone. Wtedy właśnie dowiadujesz się, że muszą jeszcze spotkać się z Dyrektorem Artystycznym firmy klienta.
…
Akt dwudziesty – Otwierasz szampana, kupujesz truskawki a na środek pokoju przynosisz nadmuchiwany basenik wypełniony wodą, zaczynasz świętować zakończenie projektu. Wtedy przychodzi mail gratulacyjny:
Projekt nareszcie zakończony! Może iść do Prezesa!
Modląc się, by Prezes nie miał żony, robisz niewinne przesunięcia, zmiany kolorów i lekkie zmiany kształtu. Ah, no i jeszcze zmieniamy czcionkę na każdej podstronie, bo tamta nie była fajna.
Każdy grafik, webdesigner, programista oraz inny pracownik mający do czynienia z klientami a pragnący nazywać się bardziej światowo (np art director firmy jednoosobowej) nieraz musi oszacować po pierwszym kontakcie, czy prowadzenie wyceny, szczegółowej analizy lub w ogóle rozpoczęcie projektu ma jakikolwiek sens. We wczesnym stadium dojrzewania wystarczy miska ryżu, satysfakcja lub budowanie doświadczenia, dlatego kopniak od życia często nie zostawia śladu na czterech literach. Kopniakami jednak ciężko wyżywić rodzinę, a nawet jest to karalne.
Dlatego rozpoczynam cykl identyfikacji klienta: po czym poznać, kogo unikać, czego się bać. W pilotażowej części pierwszej:
1. Glonojad
Nawet, jeśli pracujesz z nim zdalnie, masz wrażenie, że na stałe przyssał się do Twojego ekranu. Obserwuje każdy Twój ruch. Zasypuje mailami, a każdy mail ogranicza się do jednego zdania i zaczyna się od „Albo nie, zróbmy inaczej” lub „A gdyby tak”. Pragnie doszczętnego zaangażowania przy tworzeniu strony jego straganu na rogu i może zadzwonić nawet w środku nocy ze świeżym pomysłem, lub atakować rano z nieświeżym oddechem – jeżdżąc palcem po Twojej matrycy jak po ekranie dotykowym. Nie daj Thorze będzie to kobieta z długimi szponami.
Po czym poznać: Przesłana specyfikacja nie leżała nawet koło prawdziwego briefu – to zbiór chaotycznych maili często wykluczających się nawzajem. Co drugi mail kończy się „a jak Pan myśli?” natomiast żadna z propozycji nie jest brana pod uwagę. Często używa również liczby mnogiej – „a jak byśmy to przesunęli” podczas gdy czarną robotę odwalasz Ty.
Rada: UCIEKAĆ! Klient, który ma zdecydowany nadmiar czasu i wykorzystuje go angażując się w tak ogromne przedsięwzięcie jak prosta stronka informacyjna własnej firmy na każdą wycenę odpowie „ILEEEEE???” jeśli w ogóle odpowie. A gdy weźmiesz zlecenie – pożegnaj się ze swoją rodziną na min. 2 miesiące.
2. Posuwacz / Popychacz (!)
Będzie posuwać wszystko – to co się rusza i co nie rusza: ”trochę w lewo”, „trochę w prawo” i w ostatni ze znanych styli „nie wiem, proszę coś zaproponować” – oczywiście w odpowiedzi na Twoją propozycję. Do swoich uwag podchodzi bardzo poważnie i z saperską precyzją przekazuje Ci konieczne zmiany – „tę filiżankę pomalujmy na jakiś jasny kolor i zmniejszmy ją z lekka”.
Po czym poznać: To na pewno kobieta! Kobiety niestety wbrew naturze mają większe predyspozycje do bycia designerskimi popychaczami.
Rada: Pamiętaj, by zostawić pierwszą wersję projektu. Na pewno na sam koniec, gdy już przesunięte zostanie wszystko, wrócisz do niej.
Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.
Zdjęcia pobrane ze stron: wszystko-o-przyrodzie.blog.onet.pl / jalopnik.com
Zaczynam podejrzewać, że wysyłana przeze mnie wycena na wykonanie serwisu / aplikacji obciąża potencjalnego klienta klątwą. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że po analizie, spisaniu harmonogramu i ostatecznym podsumowaniu projektu w złotówkach osobie zlecającej:
- psuje się skrzynka pocztowa
- zawiesza się komputer
- odłącza się interet
- a komórka rozpada się w drobny mak?
Boję się o tych biednych ludzi, którzy z powyższych powodów nie mogą odpisać mi na maila ani do mnie zadzwonić, żeby omówić kwestię wyceny. Zebrali ostatnią złotówkę na swoją stronę i oto, co im moja firma zafundowała – wybuch matrycy prosto w twarz. Pewnie leżą wszyscy poranieni w szpitalach i bardzo chcą skontaktować się ze mną, jak na poważnego człowieka przystało, jednak klawisz utkwił w gardle.
Tym razem historia u brata. Klient po dłuższym zastanowieniu i wyszukiwaniu elementów do poprawy zwrócił szczególną uwagę na mapę Polski.
- Widzicie tą, tą dziurę koło Szczecina? Trochę nieładnie to wygląda, tak mało estetycznie. Tam trzeba poprowadzić prostą linię, będzie wyglądać lepiej.
Na szczęście brat nie miał kontaktu z klientem (na szczęście dla klienta)…
- Przekażcie jej, że oferta firmy nie zakłada działań militarnych.
Ciekawe co na to firmy używające nagminnie hasła „Rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki a cuda zajmują nam trochę czasu”. Biorąc pod uwagę fakt, że teraz mamy już wojsko zawodowe, należałoby się przygotować na ciągłą obserwację i aktualizacje granic Polski. Kto wie, czy właściciel portalu randkowego nie wymarzy sobie kraju o kształcie serduszka.
Najnowsze komcie